poniedziałek, 20 października 2014

Rozdział 11.

Uczucie, które w tej chwili mnie ogarniało wywołało dziwne ciepło w mojej klatce piersiowej. Nigdy czegoś takiego nie czułem. Ona mi ufała. Ona naprawdę mi zaufała. Miałem przed nią wiele dziewczyn, ale było to coś w stylu wulkanu namiętności, który eksplodował, by następnie wygasnąć już na wieki. Taka jednorazowa przygoda. Luavia była inna. Może to właśnie fakt, że była anielicą nie pozwalał jej wyrzucić z siebie wszystkich emocji, które mogłaby przelać na mnie. To wszystko ulatniało się z niej powoli. Miarowo posuwała się coraz dalej. Stawała się coraz pewniejsza. Widać było, że czuła się z tym nieswojo. Momentalnie oderwała od mojej dłoni swoją, by chwilę później zalać się rumieńcem. To właśnie jej wewnętrzna nieśmiałość była w niej tak pociągająca. Wiedziałem, że to wszystko skończy się w chwili, gdy przeciągnę Luavię na złą stronę. Nie chciałem jednak kończyć tego zbyt szybko. Nie zdążyłem jej jeszcze dobrze poznać. Chcę to zrobić zanim ją rzucę i zostawię na lodzie.
**********
Wciąż nie mogę zapomnieć o Sarinie. Rozum podpowiada: "Daj sobie z nią spokój", jednak serce krzyczy: "Walcz o nią!". Co mam począć? Moje wszystkie myśli ukierunkowane są w jej stronę i jej pięknej twarzy o delikatnych rysach, pulchnych, czerwonych ustach, dużych oczach mieniących się w kolorach lazurowego wybrzeża, blond włosach z lekkim połyskiem, zgrabnej sylwetce. O, tak. Można ją kochać za całokształt. Jednak to nie jej uroda przyciąga mnie do niej jak magnes, a ten zniewalająco zmienny charakter, z którym uwielbiam mieć styczność. Sara od początku była inna. Taka niewinna. Można było przewidzieć, że i tak w końcu się nawróci. Ta szorstkość i kompletna znieczulica stanowiły tylko pozory maskujące jej wewnętrzną delikatność. Owszem, Sara jest silna psychicznie, ale to wszystko. Gdy czyniła zło to nie robiła tego z premedytacją. Była do tego zmuszana przez.. Rademesusa! Zacisnąłem pięści. Rozkochał w sobie Sarinę i doprowadził do jej upadku. To ON ją zniszczył, a teraz jeszcze bezczelnie poniżył! Za co? Za to, że wygarnęła mu prawdę na jego temat? Należało mu się! Czyżby prawda go zabolała i emocje wzięły górę? Ktoś też powinien mu tak kiedyś zniszczyć życie. Nie żałowałbym go. Zaśmiałem się w duchu. Nagle usłyszałem za sobą znajomy głos przypominający o swojej obecności. Obróciłem się do tyłu
- Lana?- nie ukrywałem zdziwienia
- Cześć, Rikardo. Umm.. widziałeś może Rademesusa? Nie mogę go znaleźć- powiedziała tym swoim spokojnym głosem rozglądając się dookoła.
Wzruszyłem ramionami i już szykowałem się do powiedzenia coś w stylu "Nie obchodzi mnie to, gdzie przebywa", ale byłem na niego tak wściekły, że wypaliłem znienacka
- Pewnie gdzieś się włóczy z tą swoją panienką- dopiero po chwili dotarło do mnie co powiedziałem na głos. Lana z miejsca poczerwieniała
- Co?! Z jaką panienką?!- krzyknęła wściekła. Wydałem już Rossa, więc i tak czeka mnie pewna śmierć z jego rąk. Nie mam już nic do stracenia. Najpierw Ross ukatrupi mnie, a potem Lana jego. Mało tego jestem zły na niego w dalszym ciągu, więc dlaczego niby nie mam pomóc Lanie?
- Z jakąś Lau.. Laurą czy jakoś tak- odpowiedziałem po chwili
- Co to za szmata?! Jest demonicą ładniejszą ode mnie?!- wysyczała
- Ja tam nie wiem- wzruszyłem ramionami. Po namyśle wolałem się już bardziej nie pogrążać
- Zatłukę! Najpierw ją, a potem jego!- wrzeszczała- Zachciało mu się dziwek, tak?! O nie, kochanie! Tak się nie będziemy bawić! Chciałeś być ze mną, to ze mną bądź, do cholery!
- A to nie jest czasem tak, że to ty chcesz z nim być, a nie on z tobą?- wypaliłem
- Odszczekaj to!- zmierzyła mnie wzrokiem- Kocham Rossa, a on kocha mnie, rozumiesz?!- naskoczyła na mnie
- Z tego co wiem to on się nie wiąże, poza tym, gdyby naprawdę cię kochał to nie miałby innej
- No i wkrótce jej nie będzie miał!- zaśmiała się jak wariatka
- Wiem, że jesteś zdolna do wszystkiego, ale..
- To dobrze, że wiesz- przerwała mi, a potem rozłożyła skrzydła i wzbiła się w powietrze. Z tego będą jeszcze kłopoty. Coś tak czuję. Jestem świadom tego, że Lana urządzi tej dwójce istne piekło na ziemi. No chyba, że uprzednio Ross znajdzie jakąś dobrą wymówkę.
**********
- O, matko! Co tu począć?- Ridiana od dłuższego czasu kręciła się po pomieszczeniu. Tam i z powrotem. Działało mi to na nerwy. W końcu nie wytrzymałam
- Rid, przestań kursować i powiedz o co chodzi- powiedziałam z nieukrytą irytacją. Słysząc to przystanęła na chwilę i spojrzała na mnie
- Jak to o co chodzi? Słyszałaś co powiedziała Luv? Ona nas nie potrzebuje!- wypaliła w końcu
- No i co się przejmujesz? Spali się na tym swoim chłoptasiu jeden raz, drugi raz i wróci- zakpiłam zakładając nogę na nogę
- Val, ty chyba nie rozumiesz. To nie było takie "nie potrzebuję was, bo się obraziłam", to było takie "nie potrzebuję was, bo... bo was nie potrzebuję"!- zaniepokoiła się
- Rid, twój tok myślenia mnie powala- powiedziałam spokojnie
- Val, skup się! Wiesz o co mi chodzi!- zbeształa mnie- A co jak nasza mała Luvi jest w niebezpieczeństwie?- zaniepokoiła się jeszcze bardziej- Może Ross jest faktycznie demonem? Val, ja nie chcę, by Luv przeszła na ciemną stronę!- zaczęła potrząsać mymi ramionami
- Rid, weź przestań! Ross wcale nie musi być demonem. Fakt, jest trochę mroczny. Zbyt mroczny- podniosłam jedną brew- Ale powiedziałam tak tylko po to, by zniechęcić Luavię do Rossa. Po prostu myślę, że on nie jest dla niej idealny. Niepokoi mnie trochę jego zaufanie, no i ubiór. Chociaż muszę przyznać, że jest zabójczo przystojny- nieświadomie zrobiłam minę marzycielki
- Val, czy on ci się podoba?- Ridiana wyszczerzyła się do mnie
- W sensie, że Ross? - zdziwiłam się- Jasne, że nie. Okej, wiem, że brzmiałam trochę dziwnie przez chwilę, ale chciałam ci dać do zrozumienia, że może zbyt powierzchownie go potraktowałam. Dajmy się mu wykazać!- mimowolnie się uśmiechnęłam
- Czy ty na głowę upadłaś?! Z tego co pamiętam, to ty najbardziej byłaś przeciwna tej znajomości! Co się stało z tamtą Valerią? - wybuchnęła- Jasne, dajmy mu się wykazać! Niech zaciągnie Luv w jakiś ciemny zaułek i zgwałci! Czy wtedy będziesz zadowolona?!
- Rid, za bardzo dramatyzujesz- uspokajałam ją. To była pierwsza taka sytuacja, w której to ja musiałam panować nad sytuacją
- Ja dramatyzuję?! Przypominam ci, że to ty kazałaś Luv odseparować się od tego chłopaka!- splotła ręce- Gdybyś tak na nią nie naskoczyła to może teraz nie uciekałaby od nas!- kontynuowała. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam znaleźć sensownej odpowiedzi
- Ja..- westchnęłam- Może powinnyśmy jej poszukać
Ridiana spojrzała na mnie z lekką ulgą i jedynie skinęła głową.
**********
Luavia przystępuje z nogi na nogę idąc wąskim pasem oddzielającym drogę od zatoki. Kurczliwie trzyma się mojej dłoni. Powierza mi odpowiedzialność nad sobą. Ma tę świadomość, że gdybym puścił jej rękę to wpadłaby do wody. Ufa mi. To ja jestem jej przewodnikiem. Również kultowym. Daje mi się prowadzić nie tylko przez ten wąski mur. Trochę rozbraja mnie jej naiwność, ale w końcu o to mi chodziło. Póki co, nie mogę złamać jej zaufania do mnie.
Spojrzałem na Luv. Na jej twarzy widzę pełne skupienie, zaciska mocniej dłoń w dalszym ciągu krocząc przed siebie. Wiatr okrywa jej twarz pojedyńczymi kosmykami, a ona niesfornie odgarnia je drugą ręką. Zauważa, że się jej przypatruję. Wysyła mi niewinny uśmieszek. Nagle traci równowagę i ląduje w moich ramionach. Przytulam ją mocniej. Chwilę potem się wyrywa i znowu wchodzi na ten murek nie puszczając mojej ręki. Idzie tak przez chwilę, a potem łapię ją w talii i okręcam kilka razy dookoła
- Ej, co ty robisz?- oburza się
- Trudno utrzymać równowagę, gdy nie można sobie pomagać skrzydełkami, co Luv?- śmieję się
- Ciiii, bo jeszcze ktoś usłyszy- karci mnie, a potem obejmuje, gdy odkładam ją z powrotem
- I zorientuje się, że jesteś aniołem- prycham
- Ross!- natychmiastowo mnie puszcza klepiąc lekko w ramię
- No, dobrze. Już- uspokajam ją
- No- przytula się z powrotem
- Albo gorzej. Pomyśli, że jesteś demonem- zacząłem się śmiać
- Ross!- sprzedaje mi kuśtańca w bok- Mów tak dalej, a na kolejny spacer pójdziesz sam- grozi mi palcem
- A co jak ktoś się spyta, gdzie podziały się twoje różki i widełki?- znowu wybucham śmiechem
- Powiem, że Ross mi je ukradł- odpowiada złośliwie
- Nie wiedziałem, że w tamtym wcieleniu byłaś diabełkiem- znowu ją prowokuję. Przewraca oczami- A znasz jakieś fajne diabelskie sztuczki?- kontynuuję
- Okej, dosyć tego!- odpycha mnie od siebie i robi kilka kroków przede mną
- Laura, amore mio!- wołam za nią
- Nie wyskakuj mi tu z "amore mio"! Chcesz zobaczyć diabelską sztuczkę? To patrz jak znikam z twoich oczu!- mówi obrażona, a potem przyspiesza kroku
- Nie obrażaj się! To były tylko żarty!- próbuję zrównać nasze kroki
- Bardzo głupie żarty- komentuje oschłym głosem i obraca głowę w bok, gdy stoję przy niej
- Kochanie, już nie będę- oplatam ją ramieniem
- Obiecujesz?- pyta spoglądając na mnie niepewnie
- Będę się starał, dobrze?- przez myśl, by mi nie przeszło składać komuś tak błachą obietnicę
- Niech ci będzie. Wybaczam ci- po raz kolejny się we mnie wtula
- Ale serio byłabyś seksowną demonicą- uśmiecham się na samą myśl wiele ryzykując
- Ross, znowu zaczynasz?- pyta
- Tym razem to nie było dogadywanie, tylko myśl wypowiedziana na głos- odpowiadam szybko
- Zachowaj takie myśli dla siebie- mruknęła
- Nie poradzę na to, że lubię dużo gadać- wzruszyłem niewinnie ramionami
- To skoro tak lubisz gadać, to powiedz mi coś, czego nie wiem o tobie- splotła ręce wyczekując odpowiedzi. Zaskoczyła mnie tym pytaniem
- Wielu rzeczy o mnie nie wiesz- powiedziałem zgodnie z prawdą
- Na przykład?- ciągnęła. Oboje przystanęliśmy, by usiąść na ławce. Zamyśliłem się. Nie mogę jej powiedzieć prosto z mostu, że jestem demonem. Muszę wymyślić coś innego
- Kiedyś pisałem wiersze- wypaliłem. Podniosła jedną brew
- Naprawdę? - spojrzała na mnie z delikatnym niedowierzaniem. Skinąłem lekko głową.
- No, a..- odchrząknęła- No wiesz.. mógłbyś mi je pokazać?- spytała niepewnie. Jej pytanie przyniosło mi niemiłe wspomnienia
- Nie mogę- spuściłem głowę
- Co? Dlaczego? Nie będę się przecież śmiać- zapewniała. Zauważyła, że mówię całkiem poważnie
- To nie o to chodzi- wytłumaczyłem szybko- Po prostu.. pewnego dnia miałem je przed sobą wszystkie, no i nagle stwierdziłem, że tak naprawdę są tylko złym odzwierciedleniem ludzkiej rzeczywistości, a nawet egzystencji. A czym jest ludzka egzystencja? Tak naprawdę niczym. Przecież ludzkie życie można porównać do takiej klepsydry, z której piasek zaczyna się przesypywać w dół w chwili narodzin, a gdy ostatnie ziarenko tego piasku opuści górną część klepsydry, życie dobiega końca. Nad czym tu się zastanawiać? Jest początek i koniec, alfa i omega. Nie ma tu miejsca na czas cykliczny. Ludzka egzystencja jest czasem linearnym. Wszystko zmierza ku końcu. Wiesz co jest absurdalne? To ludzie piszą historię, ale niewielu z nich wpadło na to, że to Biblia zawiera jej zakończenie. Dobrze wiemy ku czemu to zmierza, mimo wszystko ludzie wolą żyć bez tej świadomości. Wszystko to co teraz mają jest takie ulotne i kruche. Młodość przemija wraz z urodą. Po wszystkim zostają tylko prochy. To właśnie spotkało moje wiersze- skończyłem swój monolog
- Spaliłeś je?- spytała będąc w lekkim szoku
- Jestem artystycznym pogożelcem- westchnąłem
- To smutne- dodała
- Nawet bardzo. Zwykle pocieszam się myślą, że w naszym przypadku nie musimy się przejmować upływem czasu. Przeżywamy czas cykliczny w przeciwieństwie do śmiertelników. Jesteśmy jak powtórka z lekcji historii. My przeżywamy kolejne epoki, a życie biegnie dalej, mimo że nie widzimy znaczącej różnicy, chociaż ostatnim czasem doszukuję się coraz więcej podobieństw. Przeznaczenie jest jak wyrok, od którego nie ma ucieczki- w tym momencie przypomniałem sobie o Aniele Śmierci, który pragnie odebrać mi życie. Zostałem opieczętowany. To jest jak znamię, którego nie można się pozbyć. Można jedynie próbować je czymś zakryć i udawać, że wszystko w porządku
- Do czego zmierzasz?- pyta wyrywając mnie z kontekstu
- Nie przejmuj się. To tylko puste myśli rzucone na wiatr- uspokajam ją
- Przecież każdej myśli odpowiada jakieś szersze rozwinięcie. Co masz na myśli mówiąc, że przeznaczenie jest jak wyrok bez odwrotu?- pyta wprowadzając mnie w zakłopotanie
- A czy można zmienić swoje przeznaczenie?- odpowiadam pytaniem na pytanie
- No, nie- stwierdza
- Więc, zgodzisz się, że jest to jak wyrok bez odwrotu?- upewniam się
- Teraz rozumiem- kiwa głową, a ja robię niedosłyszalnie odetchnąłem z ulgą, ponieważ jakoś udało mi się wybrnąć z sytuacji. Idziemy chwilę w milczeniu
- Odnośnie ludzi- odzywa się po chwili Luv- Chyba muszę wracać do Emily. Dziecko powinno mieć anioła stróża nieustannie, a nie okresowo przy sobie- chciałem coś powiedzieć, ale zamiast tego odparłem jedynie
- Leć, jeśli musisz-robi skinięcie głową, a potem odwraca się w przeciwnym kierunku. Innym razem namówię Luavię do czynienia zła. Na razie jest zdezorientowana i potrzebuje czasu, by oswoić się z nową sytuacją. Moja natarczywość mogłaby wzbudzić u niej pewne podejrzenia. Lepiej nie ryzykować. Do wszystkiego trzeba podchodzić powoli
- A i Ross- odwraca się jeszcze do mnie- Wiersze wcale nie są złym odzwierciedleniem rzeczywistości, jeśli masz szersze pojęcie i wiesz dokładnie o czym chcesz napisać. To są według mnie takie nieuchwytne momenty, którym zwykle nie poświęca się uwagi, a opisane bardzo drobiazgowo dopiero po przeczytaniu wzbudzają w nas konkretne emocje. Jeśli lubisz pisać, nie odrzucaj tego, ponieważ to właśnie jest sposób w jaki siebie wyrażasz- uśmiecha się do mnie, a potem ochodzi. Odwzajemniam szybko uśmiech. To, co powiedziała Luv wzbudziło u mnie nowe perspektywy na świat. Włożyłem ręce do kieszeni, a potem jeszcze chwilę patrzyłem jak Luv powoli się ode mnie oddala. Gdy całkowicie straciłem ją z oczu, odwróciłem się i ujrzałem kogoś, kto nie wywołał zbytnio uśmiechu na mojej twarzy. Wręcz przeciwnie. Jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki, uśmiech zniknął mi z twarzy.

czwartek, 16 października 2014

Rozdział 10.

Powoli podnoszę swoje ociężałe powieki, czuję ostry ból w plecach
- Co się stało?- pytam podnosząc się z miejsca. Syczę z bólu
- Straciłeś przytomność i spadłeś- słyszę głos Rokadamusa. Widzę jak się nade mną nachyla. Głowa mi pulsuje. Rozglądam się dookoła. Znajdujemy się na jakimś starym cmentarzu, a ja jestem na dachu jakiejś kaplicy. Nagle wszystko mi się przypomina. Więc, to jednak nie był sen. Serio ścigają mnie Anioły Śmierci! Słońce już wstało. Czuję rażące promienie na mojej twarzy. Nagle coś mi się przypomina
- Selena!- krzyczę do siebie wstając z miejsca i wzbijając się w powietrze
- Kto?- pyta Rocky i podąża za mną.
Wlatuję do kaplicy razem ze smugą światła, która przebija się przez dziurę w witrażu. Po chwili widzę ją. Jest dalej związana i podkurcza nogi tak, by światło słoneczne nie tknęło jej skóry. Nie ma się gdzie cofnąć. Szarpie się na wszystkie strony. Podchodzę do niej i rozwiązuję jej ręce, a następnie przytrzymuję ją. Przestaje się szarpać. Jest wdzięczna, że światło już nie sprawia jej bólu
- Idziesz z nami- mówię beznamiętnie nie puszczając jej rąk
- Niby jak? Słońce dopiero wstało. Czy ty chcesz mnie spalić żywcem?- syczy. Macham Rokadamusowi, by podszedł do mnie. Każę mu przytrzymać Selenę, a sam rozglądam się po pomieszczeniu. Zauważam jakiś gruby kawał materiału, który zwisa nad ołtarzem. Zrywam go gwałtownie i podaję Selenie
- Masz. Narzuć to na siebie- rozkazuję. Patrzy się na mnie przez chwilę, a potem wyrywa mi materiał z ręki i zarzuca go na głowę, a potem dokładnie się nim owija
- To cię powinno chronić przed słońcem- oznajmiam, a potem ponownie związuję jej ręce
- Gdzie idziemy?- pyta
- Ukryć się- odpowiadam wprost.
 Dziewczyna zaczyna się irytująco śmiać. Marszczę brwi
- O co ci chodzi?- pytam
- Przecież nie jestem w stanie latać w tym czymś- wskazuje na materiał, który okrywa jej plecy- A przedzieranie się przez ten las zajmie wieczność!- powoli analizuję to, co do mnie mówi
- O, cholera! Na śmierć zapomniałem!- mówię podenerwowany. Selena patrzy na mnie dziwnie. Dopiero po chwili stałem się świadom swoich słów. Odwracam wzrok i się zamyślam
- Rokadamusie- wskazuję palcem- Weź Selenę na ręce- chłopak podchodzi do ciemnowłosej i wykonuje moje polecenie
- Woah, jaka jesteś lekka- komentuje Rokadamus podnosząc Selenę.
- Musimy się spieszyć- dodaję rozprostowując skrzydła. Zaraz po mnie to samo robi brunet i oboje wylatujemy przez tą samą szparę w witrażu. Najpierw ja, a za mną Rokadamus z Seleną na rękach.
**********
Szybowałam chwilę po błękitnym niebie nad dachem starej dzwonnicy, a potem wleciałam do środka przez otwór, w którym był umieszczony ogromny dzwon pokryty rdzą. To tutaj chowam się wraz z Ridianą, no i Valerią. Przecisnęłam się przez ten wąski otwór, a potem stanęłam na nogach. Pomieszczenie ogarniała głucha cisza, gdy nagle poczułam, że ktoś do mnie podbiega i łapie od tyłu
- Luv, gdzie ty byłaś?- była to oczywiście Ridiana, która zachowywała się jakby nie widziała mnie pół wieku- Ja i Valeria martwiłyśmy się o ciebie!- kontynuowała. Spojrzałam na Val stojącą z boku z założonymi rękoma
- Chyba tylko ty- powiedziałam mimochodem
- Bo tylko jej na tobie zależy- syknęła Val
- Vally, Luvcia. Możecie się wreszcie uspokoić?- Rid przewróciła oczami
- Nazwałaś mnie Luvcia?/ Nazwałaś mnie Vally?- krzyknęłyśmy z Valerią jednocześnie
- Zachowujecie się jak dzieci, więc tak! Tak was właśnie nazwałam!- przytaknęła głową- Obydwie jesteście anielicami! Powinnyście się kochać, a nie zachowywać jak jakieś rozwrzeszczane dziewczynki!- skarciła nas
- Skoro już o tym mowa. Zauważ Rid, że ja i Luv zaczęłyśmy się kłócić odkąd "pan ładny" pojawił się w naszym życiu!- Valeria machnęła teatralnie ręką
- Nie zrzucaj winy na Rossa!- zwężyłam swoje piwne oczy
- Widzę, że ten przystojny demon nieźle namieszał ci w główce- prychnęła
- Słucham?! Jaki znowu demon?!- zezłościłam się. Val serio przegięła!
- No, bo- zaczęła Rid- Wydaje nam się, że Ross.. to demon- przygryzła wargę
- Tak strasznie nienawidzicie Rossa, że musicie go oczerniać?!- poczerwieniałam ze złości- I ty też, Rydel?- spojrzałam ze smutkiem na blondynkę
- Luv, to nie tak! Po prostu...- westchnęła- Ja cię chcę tylko chronić- spojrzałam na nią czule, jednak chwilę potem przymknęłam oczy i zacisnęłam pięści- Nie potrzebuję twojej ochrony!- wysyczałam, a potem spojrzałam na nią- Nie potrzebuję nikogo- Rydel stanęła jak wryta, a ja tak po prostu odwróciłam się od niej i poszłam. Przechodząc koło Val, popatrzyłam na nią kątem oka. Stała niewzruszona, toteż rozprostowałam skrzydła i zostawiłam je same. Jak one mogą oczerniać Rossa?! Jaki znowu demon?! Skoro tak stawiają sprawę to nie ma sensu się z nimi więcej zadawać! Nie chcę ich znać! O, matko! Czy ja naprawdę tak pomyślałam? Co się ze mną dzieje? Czuję, że rodzi się we mnie dziwne uczucie, którego jeszcze nie jestem w stanie odgadnąć. Może jednak powinnam wrócić do Rid i Val i je przeprosić? Nie! One nie zasłużyły na żadne przeprosiny! Co się ze mną dzieje? Czuję jak coś targa moją duszą na wszystkie strony!
**********
Jesteśmy w locie już od dobrych kilku minut. Wydawałoby się, że las nad którym lecimy nie ma końca. To zabawne, że śmiertelnicy jak do tej pory ani razu nie zauważyli szybujących nastolatków z czarnymi skrzydłami. Można stwierdzić, że ludzie to takie pośpieszne istoty. Każdy z nich żyje w ciągłym biegu, wszyscy dokądś zmierzają. Nikt nie pyta dlaczego. Nie mają nawet czasu spojrzeć w błękitne niebo, by zauważyć pewną niezgodność, pewien absurd. Ludzie ze skrzydłami? Nie. Istoty nie z tego świata. Szczerze mówiąc jak nie patrzeć, to ze strony śmiertelnika brzmi to jednak dziwnie. Chociaż ludzie wierzą we wszystko, co mogą zobaczyć, a tu nagle ktoś pewnego dnia im mówi, że jest taki ktoś jak Bóg i taki ktoś jak Szatan. Nie są w stanie ich zobaczyć, a jednak mają w nich wierzyć. Absurd dla człowieka! Wierzyć w coś, czego nie można zobaczyć ani dotknąć? A jednak. Ten ciągły popęd ze strony śmiertelników jest jednak dla nas plusem. Nikt nas nie zauważa, jeśli sami tego nie zechcemy i nikt nie zadaje nam zbędnych pytań, co tu robimy, czego chcemy?
Każdy z nich żyje w tym pośpiechu, no a co potem? Potem okazuje się, że ma przyjść po nas jakaś tajemnicza istota, która żąda naszej duszy, tylko nikt nie wie, kiedy i gdzie się zjawi. Śmierć jest jak przelotne złudzenie. Nie wierzysz w nią, póki nie przyjdzie i nie spojrzy ci w oczy. Chociaż nie wiem, czy nie jestem czasem pierwszą taką osobą, której przyszło nieść Śmierć na rękach. To zabawne, że widzisz piękną, młodą dziewczynę, a tak naprawdę masz styczność z istotą, która w każdej chwili jest w stanie odesłać cię do odchłani.
Jednak teraz Selena wydawała się taka bezbronna. Trzymałem ją na swoich rękach. Jej czarne kosmyki powiewały na wietrze. Twarz miała schowaną pod kapturem zrobionym z materiału, który Rademesus zabrał z kaplicy. Kurczliwie trzymała się tego okrycia swoimi długimi, chudymi palcami, ale robiła to tak żeby promienie słoneczne nie tknęły jej skóry. Jedynie co zostawało na wierzchu to jej obcasy, których stukot przyprawiał Rademesusa o ciarki.
Spojrzałem na niego. To on tworzył nam drogę. Wyglądał na zdesperowanego. Co chwilę zaczesywał do tyłu swoje włosy i obracał się do tyłu, by sprawdzić czy za nim lecimy. Czasami zerkał z nienawiścią na Selenę. Odruchowo przytuliłem ją mocniej do siebie. Nie miało w tej chwili dla mnie żadnego znaczenia, że przytulam do siebie Śmierć. W tej chwili była dla mnie zwykłą bezbronną dziewczyną uprowadzoną przez dwójkę demonów. No, w sumie przez jednego, bo to był plan Rademesusa. Nie poczuwałem się do roli oprawcy. Byłem bardziej kimś w rodzaju ubezwłasnowolnionego pracownika, gdzie funkcję despotycznego szefa pełnił Ross, i biada każdemu kto odważyłby mu się sprzeciwić.
Nareszcie udało nam się minąć ten wstrętny las. Byliśmy na prowincji. Wszędzie tylko pola i polne ścieżki. Rademesus rozejrzał się dookoła, a potem kiwnął, że mam lecieć za nim.
**********
Minęliśmy tę całą prowincję, a potem dostaliśmy się do jakiejś starej, opuszczonej miejscówki. Wylądowałem przy wejściu i zacząłem się rozglądać. Pusto dookoła. Bez wahania szarpnąłem za klamkę
- Cholera, zamknięte!- zaklnąłem pod nosem
- A czego się spodziewałeś, geniuszu- zaśmiał się Rokadamus lądując z Seleną na rękach. Ucichł, gdy tylko zmroziłem go spojrzeniem
- Lepiej zacznij kombinować jak wejdziemy do środka- zacząłem obchodzić budynek dookoła
- To proste. Wyważymy drzwi- odpowiedział
- Chyba chciałeś powiedzieć, że ty to zrobisz- splotłem ręce
- Dlaczego..
- Rób co do ciebie mówię!- krzyknąłem.
Nic nie powiedział, tylko westchnął po czym postawił Selenę na ziemi, a ja szybko złapałem ją za ramię i pociągnąłem w swoim kierunku. Rokadamus stanął przed drzwiami, po czym z całej siły je kopnął
- Ani drgnie!- zmachał się
- Spróbuj jeszcze raz!- zażądałem
Wziął podobny rozmach i tym razem drzwi otworzyły się bez większych przeszkód. Prychnąłem pod nosem
- Nie szło tak od razu?- wszedłem zadowolony do środka oddając mu w ręce Selenę.
On tylko przewrócił oczami
- A może byś tak powiedział " dziękuję "?
- Nie ma za co- wyszczerzyłem się.
Zazgrzytał zębami, a potem wszedł za mną. Zacząłem się rozglądać. Był tam jakiś stół bilardowy, jakaś lada, trochę krzeseł i stolików oraz zejście na dół
- Do piwnicy- wskazałem
Zeszliśmy niżej. Wszędzie ciemno. Zapaliłem światło
- Zostań na górze i pilnuj czy ktoś nie idzie- rzekłem do Rokadamusa, a potem podszedłem do Seleny i gwałtownie ściągnąłem z niej materiał zahaczając nim o związane nadgarstki dziewczyny
- Dziękuję za delikatność- wysyczała sarkastycznie
- Dziękuję za to, że próbowałaś mnie zabić- zmarszczyłem brwi
- Ja wypełniałam tylko swoją misję
- A ja ci tylko w niej przeszkodziłem- powiedziałem bezproblemowo
- No właśnie- oburzyła się- Rademesusie, nie jesteś w stanie uniknąć śmierci- powiedziała to spokojnie jak na nią
- Wiem to- westchnąłem. Tak głupio było przyznać jej rację, ale niestety ją miała. Wiedziałem jakie są konsekwencje moich działań, ale mimo wszystko nie wahałem się ich podjąć, by się ratować
- Więc, co zamierzasz zrobić?- spytała wyrywając mnie z zadumy
- Będę grał na zwłokę- odpowiedziałem po czym przywiązałem jej ręce do rury
- Jak długo zamierzasz mnie tu więzić?- spytała znowu tym spokojnym głosem, który wydawał mi się trochę za spokojny. Chciała uśpić moją uwagę? Nie wnikam
- Wystarczająco długo- rzuciłem na odczep i zakończyłem wiązanie ostatniego supła na linie. Łatwo poszło. Myślałem, że będzie ciężej. Odsunąłem się od niej. Dopiero teraz poruszyła rękami, by sprawdzić jak mocny jest węzeł. Westchnęła
- Słuchaj, a ty boisz się śmierci?- spojrzała na mnie z zaciekawieniem
- Dlaczego pytasz?
- No, bo.. mnie byłeś w stanie uwięzić, a przecież mam związek ze śmiercią, jednak ty się mnie nie boisz, więc dlaczego boisz się umrzeć?
- Nie boję się umrzeć- westchnąłem- Boję się tego co będzie dalej
- A co ma być?- spytała- Przecież w wielu przypadkach śmierć jest ucieczką od problemów- powiedziała bezproblemowo
- Nie w moim. Moja dusza byłaby skazana na wieczne potępienie. Czy nigdy nie byłaś świadoma skutków swoich działań?- próbowałem zachować spokój, mimo że byłem dobrze świadom tego co mówię
- Ja nie wiem. To moja pierwsza misja- wzruszyła niewinnie ramionami i popatrzyła mi w oczy
- Nikt ci nie powiedział jaki głębszy sens ma to co miałaś zrobić?
Pokiwała przecząco- Nie. Dostałam zadanie i kazali mi ruszać
- Kto ci kazał?- spytałem z niepokojem. W odpowiedzi otrzymałem milczenie
- Gadaj, słyszysz?!- podniosłem głos, jednak nic tym nie wskórałem. Wiedziałem też, że nic jej nie mogę zrobić, bo inaczej zlecą tu się jej mroczni bracia i dopiero będą kłopoty. Mimo wszystko postanowiłem spróbować jeszcze raz. Uklęknąłem koło niej
- Czy gdybym teraz pozwolił ci mnie zabić, powiedziałabyś mi kto ci to zlecił?- spytałem łagodniej
- Chcesz negocjować ze śmiercią? Mało sprytne nawet jak na ciebie, Rademesusie- odezwała się po chwili
- Skoro tak stawiasz sprawę to sobie tu trochę posiedzisz- powiedziałem ze złością i wyszedłem.
**********
Siedziałam na pomoście wymachując nogami. Byłam w dalszym ciągu wściekła na Rid i Val. Niespodziewanie ktoś przysiadł się koło mnie. Nie zdążyłam zobaczyć kto, bo owa postać zasłoniła mi oczy- Zgadnij- usłyszałam znajomy głos, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech- Ross!- wtuliłam się w niego,a po chwili posmutniałam- Pokłóciłam się z Rydel i Valerią- założył mi kosmyk włosów za ucho- Nie martw się. Nie wszyscy są w stanie zaakceptować nasze zdanie
- A myślałam, że mogę im ufać. Ależ byłam naiwna- rzuciłam w taflę wody kamieniem, który miałam przy sobie
- Nie mów tak. Nie jesteś naiwna-
- Więc, jaka jestem, ale tak według ciebie?- spytałam spoglądając na niego
- Jesteś moja- potrząsnął moim ramieniem ręką, którą mnie oplatał- Jesteś wyjątkowa, Luv. Nie zapominaj
- Wyjątkowa, bo twoja?- prychnęłam
- Polenizowałbym, ale z grzeczności ci przytaknę
Zaśmiałam się. Siedzieliśmy tak chwilę, gdy nagle Ross strącił naszą dwójkę do wody.
W pierwszej chwili myślałam, że oszalał. Nie dość, że było mi zimno, to jeszcze byłam mokra. Jednak, gdy poczułam jego gorące usta na moich od razu zrobiło mi się cieplej. Próbowałam zatracić się w tym pocałunku, jednak po chwili Ross złapał mnie za ramiona i zszedł razem ze mną pod wodę. Chwilę się miotałam, jednak on podpłynął bliżej i położył swoje ręce na mojej twarzy. Wówczas otworzyłam moje do tej pory zamknięte oczy i spojrzałam na jego twarz. Była trochę rozmazana, ale wystarczająco widoczna na tyle, że byłam w stanie dojrzeć uśmiech rysujący się na jego bladej twarzy. Nieco długie blond włosy były teraz śmiało noszone przez wodę. Rzucały się na wszystkie strony. Wydawałoby się, że ożyły. Dotyk jego dłoni mnie uspokajał. Nagle oderwał je od mojej twarzy i pociągnął mnie za rękę ku sobie. Teraz stykaliśmy się ciałami. Złapał mnie w talii i bezceremonialnie wpił mi się w usta. Zaczął mnie namiętnie całować. Z każdym muśnięciem robił charakterystyczny uścisk na mojej talii swoimi dłońmi. Chwilę potem, mimo że znajdowaliśmy się w wodzie poczułam jego mokry język na moich ustach. Przejechał nim delikatnie po mojej dolnej wardze. Dobrze wiedziałam czego oczekuje. Z resztą on był moim narzeczonym.

Jak mogłabym mu na to nie pozwolić? Delikatnie rozchyliłam usta dając mu dostęp. Zaraz potem znowu tonęliśmy w pocałunkach. Przejechał lekko palcami po moich plecach, by następnie wbić w nie swoje paznokcie. Woda stłumiła mój krzyk. On natomiast uśmiechnął się zawadziacko i przeniósł swoje usta na moją szyję i zaczął mnie po niej całować. Przysunęłam jego głowę bliżej, jednocześnie nakręcając na
palce końcówki jego włosów. Chwilo, trwaj! Chciałabym rzec, ale po chwili zrobiło mi się słabo, zaczynało brakować mi powietrza. Odepchnęłam od siebie Rossa. Spojrzał na mnie zdziwiony, ale widząc moją pobladłą twarz szybko zorientował się o co chodzi. Wziął mnie w ramiona i wypłynął ze mną na powierzchnię. Wzięłam głęboki wdech, a potem zaczęłam kasłać nie puszczając się jego ramion
- Wszystko dobrze?- spytał
- Już tak- zrobiłam jeszcze jeden duży wdech, a potem przeszedł mnie dreszcz- Ross, zimno mi- powiedziałam ochrypniętym głosem
- Zaraz poczujesz się lepiej- pocałował mnie w czoło, a potem wziął na ręce i posadził na pomoście dosiadając się do mnie.
- Luv, ja nie chciałem- usłyszałam po chwili
- Nic się nie stało. Było warto- położyłam mu głowę na ramieniu
Nie czułam swoich kończyn, ale to była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Trwało to bardzo krótko, ale dla mnie była to cała wieczność. Wieczność spędzona przy Jego boku.
************
Nie chciałem utopić Luv, ale gdy siedzieliśmy na pomoście dostrzegłem Lanę idącą tą aleją. Daję głowę, że szukała właśnie mnie, ale nie mogła zobaczyć mnie z Laurą. Musiałem coś wykombinować. Niewiele myśląc, zepchnąłem nas z tego pomostu. Żeby Luv czasem nie wpadł do głowy pomysł się wynurzyć, zacząłem ją całować, a że jest w tym dobra jak na anielicę, szybko straciłem rachubę. Ocknąłem się dopiero wtedy, gdy odepchnęła mnie od siebie. Szybko spostrzegłem, że jest ledwo przytomna, toteż byłem zmuszony szybko ją wyciągnąć. Gdy Laura zaczęła oddychać z wielką ulgą, szybko rozglądnąłem się na boki czy Lany nie ma w pobliżu. Chwilę potem sam odetchnąłem z ulgą nie widząc nigdzie Lany. Posadziłem Luv na pomoście, a sam dosiadłem się do niej. Siedzieliśmy tak chwilę. Niespodziewanie Luavia złączyła nasze dłonie. Mimowolnie się uśmiechnąłem.
-------------------
Ok. Długo nie pisałam, dlatego chcę to wam wynagrodzić długim rozdziałem. Niestety teraz nie będę pisać zbyt często, bo mam sporo nauki. Liceum, a jak! X__X
Ale myślę, że zawsze coś tam zdążę napisać w międzyczasie i nie będzie to trwało wieczność. Oks, ja spadam odrabiać lekcje, byee x3








niedziela, 5 października 2014

Nowe zakładki

A więc, przed chwilą aktualizowałam zakładkę, pt. "WASZE POMYSŁY".

>KLIK PO WIĘCEJ INFO<

A jeszcze prędzej zakładkę "POSTACIE", żebyście wiedzieli jak kto wygląda. Wystarczy kliknąć w napis poniżej

>KLIK PO WIĘCEJ INFO<



niedziela, 28 września 2014

Rozdział 9.

Jeszcze kilka minut temu byłem pewny, że Sara jest tą jedyną, nawet, gdy nie czuje tego samego, a teraz nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Rademesus wmawiając mi, że ona nigdy mnie nie zechce, zabił tym samym moją miłość do niej. Powiedział to jeszcze z takim spokojem w głosie. Może i ma rację co do Sary? Ale, gdy tak teraz o tym myślę to byłbym w stanie nawet nawrócić się na dobro, żeby tylko była ze mną. Może właśnie w tym tkwi problem? Może ona mnie nie chce, bo jestem demonem, a ona zagubioną anielicą? Chyba jednak nie w tym rzecz. Po prostu staram się znaleźć jakiś argument, który zaprzeczy temu, że Sara mnie nie chce. Przecież powiedziała jasno, że mnie nie kocha. Poza tym, Ross rozszarpałby mnie żywcem, gdybym wyparł się moich upadłych sióstr i braci. Rozszarpałby mnie, a potem Sarinę, bo obwiniłby ją za moje nawrócenie. Jednym słowem, byłoby nieciekawie. Ugh, czy ja naprawdę nie mam nic lepszego do roboty niż bicie się z własnymi myślami? Nawet nie zauważyłem, kiedy Rademesus i Rokadamus zniknęli mi z oczu.
**********
Zostawiłem Rikarda samego, ponieważ nie miałem ochoty patrzeć jak tonie w morzu własnych myśli, w których jedynym kołem ratunkowym jest niepamięć. On jednak skazany jest na utonięcie. Skąd to wiem? Znam Rikarda. Nie będzie w stanie wybić sobie Sariny z głowy. Ktoś to musi zrobić za niego. Tym kimś jestem oczywiście ja. Muszę go podbużyć przeciw niej, tak, by całkowicie się zniechęcił. Będę mu wmawiał, że nigdy nie będą razem. Ta jędza mogłaby nawrócić mojego kumpla na dobro, a ja nie mogę na to pozwolić! To jasne, że Sarina stała się dobra, ale musiałem ją jakoś osłabić. Przynajmniej teraz zwątpiła w swoją dobroć. Czuje się zagubiona i tym lepiej dla mnie. Nic tak nie załamuje anioła jak wmawianie mu, że mimo wszystkich starań, trzyma ze złem. Wiem, że Sara jest dość silna psychicznie, dlatego trzeba było ją przekonać, że wcale tak nie jest.
Przemierzaliśmy z Rokadamusem puste ulice obrzeży Nowego Jorku. Było już powoli po północy. Księżyc w pełni spowijał światłem moją bladą cerę i platynowe włosy, które od czasu do czasu przeczesywałem ręką. W sumie nie wiem, dlaczego, ale zawsze podczas pełni czuję, że żyję. Może blask księżyca faktycznie ma jakieś właściwości? Zawsze zastanawiało mnie dlaczego ludziom jest ciężko zasnąć w czasie pełni? Ludziom i demonom. Człowiek ma coś w sobie z bestii. Przynajmniej tak słyszałem. Jak jest naprawdę? Nawet ja tego nie wiem, a wydawałoby się, że wiem wszystko. Wiem dużo, ale nie wszystko. To za duże słowo.Pewnych rzeczy dowiedziałem się od innych, a na kolejne sam wpadłem poprzez moje obserwacje i bezbłędne kojarzenie faktów, które ostatecznie ułożyłem w zgrabną teorię nie do zbicia. Mniejsza z tym. Z dala słychać jadącą karetkę, ujadanie psów i jakieś śmiechy, krzyki, hihy. Trudno stwierdzić. Poza tym panuje kompletna cisza. Rokadamus podąża za mną w milczeniu. Chociaż lubię spokój, bo wtedy mam najwięcej czasu na przemyślenia, to muszę przyznać, że ta cisza dzwoni mi w uszach. Mam dziwne wrażenie, że ktoś nas obserwuje z oddali. Coś się musi wydarzyć. Zaczynam nasłuchiwać. Najcichszy szelest nie umknie mojej uwadze. Nagle słyszę jakby trzepot skrzydeł. Rokadamus też zorientował się, że coś jest nie w porządku. Trzyma się bliżej mnie. Czyżby się bał? Śmieję się z duchu, ale ten wewnętrzny śmiech zanika, gdy słyszę jak ktoś za nami przebiega. Odwracam się gwałtownie. I znowu nic. Marszczę brwi.
- Kim jesteś? Wyjdź i pokaż się jeśli masz odwagę!- krzyczę
Znowu słyszę kroki. Tupot obcasów? Dziwne. Wkrótce ukazuje się owa postać. To kobieta. Wnioskuję po sylwetce. Chwilę potem widzę ją w całej okazałości. Jest szczupła i wysoka. Odziana w czarne ubrania. Ma na sobie te czarne kozaki, których dźwięk przyprawiał mnie o dreszcze, czarne rurki idealnie przylegające do jej niemalże kościstych nóg i czarny top , który w większości zakrywają jej długie, falowane kruczoczarne włosy, na jej ramionach i szyi dostrzegam jakieś dziwne tatuaże. To chyba jakieś symbole. Ma bladą cerę i bardzo mocny makijaż. Jej całokształt spowija większy mrok niż mnie, ale nie jej wygląd przykłuł moją uwagę, a jej skrzydła o niecodziennym wyglądzie. Długie, czarne, zakończone ostrymi kłami wyglądającymi jak szpony, w które chwyta swoje ofiary. Po dłuższym namyśle znajduję również coś niepokojącego w jej wzroku. Te krwisto-czerwone oczy wpatrujące się we mnie. Przechodzi mnie dreszcz. Ta dziewczyna zaczyna zbliżać się do mnie. I znowu dźwięk tych obcasów, który hamuje mi dopływ krwi do mózgu. Widzę ją coraz dokładniej. Jest piękna, ale i przerażająca. Nie wiem jak to określić.
- Wołałeś mnie?- pyta. W jej głosie wyczuwam dominację
- Kim jesteś?- pytam równie niezastraszonym głosem co ona. Widzę jak jej kąciki ust unoszą się do góry wraz z jej czarną szminką
- Rademesusie, nie jestem tu dla zbędnych pytań- znowu słyszę jej pewny siebie, ale i jednocześnie kojący głos. Zaczynam się niepokoić
- Skąd znasz moje imię?- pytam ze zdziwieniem
- Jak już mówiłam, nie jestem tu dla zbędnych pytań- powtórzyła. Marszczę brwi
- Więc, po co?
- Po ciebie- odpowiada niewzruszona bez zbędnego owijania
- Jak to, po mnie?!- staję w bezruchu. Czuję jak serce zaczyna mi szybciej bić. To wszystko coraz bardziej przestaje mi się podobać
- Ty pełnisz swoje zadanie, ja wypełniam swoje- głaszcze mój policzek. Po chwili przejeżdża palcem po mojej szyi, czuję jak rysuje kreskę wzdłuż mojej krtani. Czuję dreszcz, który przechodzi wzdłuż całej długości mojego kręgosłupa, ale i ekscytację. Wrodzona ciekawość nakazuje mi czekać cierpliwie co nastąpi potem. Przymykam oczy i daję się prowadzić, mimo tego, że strasznie zdziwiło mnie jej wyznanie. Dalej głaszcze mnie po szyi, po chwili kładzie mi palec na ustach i przejeżdża nim po mojej dolnej wardze. Pewnie już dawno, bym ją odepchnął, ale coś nie pozwala mi tego zrobić. Jestem pewien, że zaraz coś się wydarzy, ale czekam na właściwy moment, by móc zareagować. Tajemnicza dziewczyna znowu kładzie mi dłoń na policzku i delikatnie całuje mnie w usta. Po chwili czuję jak jej druga dłoń sięga po coś do tyłu, cały czas trzymając jedną z nich na moim policzku
- To nic nie zaboli- szepcze mi do ucha. Jej hipnotyzujący głos uspokaja mnie.
- Rademesusie, uważaj!- słyszę w oddali krzyk Rokadamusa. Otwieram oczy i widzę, że dziewczyna wyciąga zza pleców jakieś ostrze.
 Gwałtownie odpycham ją od siebie i wciągu sekundy rozprostowuję skrzydła i wzbijam się w powietrze. Widzę jak dziewczyna rzuca się za mną w pogoń. Krążymy między wieżowcami. Jest szybka i zwinna. Nie dam rady tak dłużej szybować. Muszę coś szybko wykombinować. Jedno jest pewne. Ta dziewczyna nie ma zbyt dobrych zamiarów w stosunku do mnie. Cudem uniknąłem niehybnej śmierci. W sumie to dzięki Rokadamusowi, ale nie pora na wdzięczność. Mam teraz większy kłopot na głowie. Goni mnie jakaś dziwna dziewczyna, która prawdopodobnie zamierzała mnie zabić. Biorę kolejny mocny zakręt. Przez chwilę gubię ją za sobą, ale nagle znowu zaczyna mnie gonić. Trzyma w ręku te diabelskie ostrze w każdej chwili gotowe do ataku. Muszę ją jakoś oszukać, albo inaczej zadźga mnie żywcem. Znajdujemy się na jakimś starym cmentarzu umiejscowionym w lesie. Chwilę szybuję między konarami drzew, a potem wykorzystuję chwilę jej nieuwagi i wślizguję się do kaplicy kościelnej przez wybity witraż chowając się za jedną z kolumn. Słyszę jak ta dziewczyna wlatuje za mną do środka . Staje na nogach i zaczyna się rozglądać
- Nie chowaj się! I tak cię znajdę!- słyszę jej głos, który roznosi się echem po pomieszczeniu. Powoli eksploruje każdy kąt. Nadal stoję na baczność za jedną z kolumn. Słyszę jak chodzi między ławkami, po chwili dochodzi do mnie. Jest niebezpiecznie blisko, ale ku mojemu szczęściu, przeszła obok mnie. Teraz była odwrócona tyłem. Muszę wykorzystać tą szansę. Pomyślałem w duchu. Rzucam się na dziewczynę ku jej zaskoczeniu i trącam ją na ziemię. Szybko przechwytuję ostrze, które wypada jej z ręki i przytwierdzam do jej gardła, jednocześnie przytrzymując jej ręce drugą dłonią. Unieruchamian ją całkowicie.
- Gadaj kim jesteś!- krzyczę, jednocześnie trzymając nad nią w jednym ręku ostrze, gotowe do zamachu
- Jestem Selena- dyszy
- Czego ode mnie chcesz?!
- Mówiłam już, że jestem tu po ciebie- zaczyna się miotać. Zaciskam mocniej dłoń na jej nadgarskach. Jestem zdenerwowany
- To są jakieś żarty?!- krzyczę jeszcze głośniej niż przed chwilą
- Nie- zaprzecza głową- Jestem Aniołem Śmierci- mówi to szczerze. Widzę to w jej oczach.
Nagle wszystko staje się jasne. Jej wygląd, te dziwne skrzydła, ta ciągła tajemniczość. Słyszałem już nie raz o Aniołach Śmierci, ale nigdy nie miałem z nimi styczności. Wiem, że palą się za dnia, dlatego atakują w nocy, chociaż zazwyczaj temu przyświęca jakiś głębszy cel
- Dlaczego mnie zaatakowałaś?!- zamachnąłem się na nią ostrzem
- Taką misję mi powierzono- odpowiada
- Gadaj, kto kazał ci mnie zabić?!
- Nie udzielam takich informacji- odpowiada stanowczo
- Gadaj, albo cię zabiję! - grożę
- Dalej, zabij mnie! Ale wiedz, że twoje przeznaczenie zostaje wypełnione prędzej czy później! Możesz pozbyć się mnie, ale moi bracia odnajdą cię prędzej czy później!-
- Kłamiesz, szmato!- syczę
- Wiesz mi lub nie, ale twoje beztroskie życie właśnie się skończyło!- mówi coś, co wywołuje gęsią skórkę na mojej skórze. Przypomniało mi się jak Rokadamus powiedział mi raz coś podobnego. Pod wpływem emocji ponownie unoszę ostrze ku górze biorąc gwałtowny zamach
- Rademesusie, stój!- nagle w kaplicy, w której się znajdujemy pojawia się wspomniany Rocky. Wstrzymuję broń.
- To Anioł Śmierci! Nie możesz jej zabić! - krzyczy lądując na ziemi
- Wiem kim ona jest!- krzyczę pełen gniewu
- Jeśli ją zabijesz, przyjdą kolejni. Nie radzę ci ryzykować!- podbiega do mnie i łapie mnie za rękę z ostrzem. Waham się. Przygryzam dolną wargę spoglądając na jej bladą twarz owianą z leksza strachem. Jest dość młoda jak na Anioła Śmierci i niedoświadczona. Nie mogę jej zabić, bo sprowadzę na siebie pozostałe.
- Zwiąż ją- odpowiadam po chwili .
Podnoszę ją z ziemi i nie puszczając jej rąk przytwierdzam ją plecami do kolumny. Rokadamus wraca po chwili ze sznurem i więże jej ręce, dziewczyna zaczyna się miotać
- Myślisz, że uda ci się uniknąć śmierci, Rademesusie?- syczy- Jesteś w błędzie! Prędzej czy później zorientują się, że mnie nie ma!- śmieje się
- Możesz choćby krzyczeć! Jesteśmy na kompletnym bezludziu i nikt cię tu nie usłyszy!- mówię oschle
- Nie masz prawa mnie tu więzić! Nawet nie wiesz z kim zadzierasz! -jest poirytowana
- Za to wiem, kogo wystawię na światło słoneczne, jeśli dalej będzie mnie wkurzać!- krzyczę i zostawiam ją samą odchodząc z Rokadamusem. Jestem w szoku! Właśnie udało mi się oszukać śmierć! Wiem, że prędzej czy później wynikną z tego większe kłopoty. Wylatuję z wnętrza kaplicy. Moje serce bije jak szalone. Nigdy nie czułem się taki silny. Zastanawia mnie tylko, kto sprowadził na mnie tą Anielicę? Nagle robi mi się słabo, czuję jak moje skrzydła robią się coraz cięższe. Opadam na dach kaplicy. Przez chwilę słyszę krzyki Rokadamusa, a potem mdleję i tracę świadomość.

--------------
No to mamy pierwsze spotkanie Rademesusa ze śmiercią, mówiąc wprost. Nie macie pojęcia jak ciężko pisało mi się scenę akcji. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Rademesus łatwo oszukuje Anielicę Śmierci ze względu na jej młody wiek i brak doświadczeń. Muszę wam wyjawić, że tajemnicza Selena będzie teraz stałym gościem w jego życiu. Kto raz zadarł ze śmiercią, musi za to zapłacić. Oczywiście nie zabraknie też wątków miłosnych, jak co. To na razie tyle. Btw. Czy ktoś z was widział film Miasto 44 albo Gwiazd Naszych Wina? Fajne? W tym pierwszym wykorzystano piosenkę mojej kochanej Lany- Young & Beautiful, a do drugiego filmu również jest piosenka, która bardzo mi się podoba- Boom Clap śpiewaną przez niejaką Charli XCX, którą możecie kojarzyć z teledysku Iggy Azalei do piosenki Fancy, w której zasłuchuję się od pewnego czasu. Okay, to będzie na tyle. Czekajcie cierpliwie na next ;)

piątek, 26 września 2014

Rozdział 8.

Klęczałam na chłodnym asfalcie, a łzy spływały po moich policzkach. Jeden z nich był obolały. Z winy Rademesusa. Ale ja nie żałuję swoich słów, mimo że mi się za to oberwało. I to porządnie. Gdy mnie uderzył poczułam jak policzek mi pulsuje, a potem czułam już tylko pieczenie, ale nie to było teraz moim zmartwieniem. Najgorsze było to, że Ellington-chłopak, którego miałam za mojego przyjaciela- odwrócił się ode mnie. Poczułam jak w tej chwili te całe zło, które kiedyś porzuciłam znowu powoli gości w mojej duszy. Ale czy byłam gotowa, żeby upaść poraz drugi? Kogo ja chciałam oszukać. Jestem złą osobą i nic z tym nie mogę zrobić. Tak w sumie to nie miałam już sensu żyć. Jestem przegrana u aniołów zarówno jak i u demonów. Chciałabym żeby jakiś Anioł Śmierci przyszedł po mnie, jednak byłam skazana na nieśmiertelność, która ku ironii zabijała mnie najmocniej. Nieustannie. Powoli. Nieskończenie.
Nagle usłyszałam jakieś kroki w moją stronę. Zaciekawiona podniosłam głowę do góry. Czułam jak klęka koło mnie
- Sarino- zaczął. Nie odezwałam się, ponieważ był to jeden z tych upadłych kolegów Rademesusa. Chłopak dotknął mojego obolałego policzka
- Tak mi przykro- powiedział z wyczuwalnym żalem w głosie
- Ale niby dlaczego jest ci przykro?- spytałam chłodno. Zawahał się
- Bo ci nie pomogłem- spuścił głowę
- Czyli dopiero teraz jest ci przykro? Fajnie się patrzyło jak on mną pomiatał?!- wykrzyczałam ze łzami w oczach. Pokiwał przecząco
- Ani trochę
- Więc, dlaczego mi nie pomogłeś? - dalej łkałam
- Nie wiem tego- wyglądał na zmieszanego
- Słuchaj Rikardo, jest ci przykro, ale mi nie pomogłeś, więc o co ci chodzi?-
Blondyn nic nie odpowiedział tylko delikatnie mnie pocałował. Byłam w lekkim szoku
- Czy to jest wystarczające wytłumaczenie?- spytał z uśmiechem
- Czy ty..- zaczęłam niepewnie, a on położył mi palec na ustach
- Tak naprawdę to nigdy nie przestałem
Uśmiechnęłam się delikatnie
- To miłe- po chwili posmutniałam- Ale nie możemy być razem
- Dlaczego?- zdziwił się
Przez dłuższy czas nie wiedziałam co odpowiedzieć
- Bo...- zamyśliłam się- Jestem aniołem, a ty demonem. Chyba sam rozumiesz- przygryzłam dolną wargę
- Dla mnie to nie problem- dodał szybko- Przecież w miłości to nie ma znaczenia! Taki szczegół nie powinien stawać nam na drodze do szczęścia i...
- Ale ja cię nie kocham, nie rozumiesz?!- krzyknęłam wybuchając płaczem. Widziałam przez łzy jego zamazany wyraz twarzy. Wyglądała na smutną i nieco zszokowaną
- Wybacz Rikardo- otarłam łzy i uciekłam zostawiając go samego
***********
Byłem w szoku. Chwilę mi to zajęło zanim doszedłem do siebie. Miłość mojego życia mnie nie kocha! Sarina mnie nie kocha! Uśmiechałem się pomimo rozczarowania i gniewu, który mnie teraz ogarniał. Rademesus miał rację. To zwykła szmata, która nie zasługuje na mnie. W sumie to wcale już mi jej nie jest szkoda. Należało jej się. Miała oberwać mocniej. Nie chcę już jej więcej widzieć. Ale dlaczego ciągle o niej myślę? Czy naprawdę tak cholernie trudno jest zapomnieć o jednej osobie? Wychodzi na to, że tak. Podniosłem się z asfaltu i wkładając ręce do kieszeni ruszyłem przed siebie. Potrzebowałem teraz długiego spaceru.
**************
Riker od dłuższego czasu nie wracał, a ja i Rokadamus siedzieliśmy na wysokim wieżowcu. Była to gwieździsta noc. Wiało trochę, ale to nic. Usiadłem na krawędzi, spuściłem nogi na dół i zamyśliłem się. Rokadamus przysiadł się do mnie
- Jesteś pewien, że nikt nas tu nie znajdzie?- spytał
- Jesteśmy pięćdziesiąt metrów nad ziemią. Jestem pewien, że nikomu nie przyjdzie do głowy spojrzeć w górę- zaśmiałem się. Trochę go to uspokoiło
- A tak w ogóle to czemu pytasz?
- Ross, wyglądamy jak nastolatkowie i siedzimy na szczycie jakiegoś wieżowca. Czy to nie jest dziwne?
- Jesteśmy niezwykłymi nastolatkami- uśmiechnąłem się patrząc przed siebie
- Żyjesz zbyt beztrosko. Oby pewnego dnia nie okazało się, że twoje beztroskie życie dobiegnie końca- zbeształ mnie
- Sugerujesz coś?- zmarszczyłem brwi
- Nie, tylko tak mówię- powiedział mniej pewnie widząc, że zaczyna mnie denerwować
- To nie mów- prychnąłem, a ten umilknął jak na zawołanie.
Było ciemno, ale na tyle jasno, bym mógł dostrzec jak jakaś postać leci w naszym kierunku. Wstałem. Po chwili poznałem jego twarz. Był to oczywiście Rikardo. Splotłem ręce
- Proszę, proszę. Nasza zguba się odnalazła. Gdzie ty byłeś?- spytałem.
Wyglądał na podłamanego, ale mimo wszystko wyczekiwałem jego odpowiedzi
- Miałem..- odchrząknął- Miałem problem z pewną dziewczyną- podrapał się po karku
- Z jaką dziewczyną?- do naszej rozmowy dołączył zaciekawiony Rocky
- A z taką jedną- powiedział obojętnie- Nie znacie- dodał po chwili. Zmarszczyłem brwi. On coś kombinuje
- Oczywiście. Wszyscy mamy prawo do sekretów, prawda?- przeszedłem koło niego. Spuścił głowę i przetarł usta
- Co ona ci zrobiła?- zmieniłem po chwili temat
*********
Ross jakby coś podejrzewał. Mimo wszystko nie zamierzałem mu powiedzieć, że chodzi o Sarinę.
- To jak, powiesz mi czy jesteś niemową?- spytał po chwili. Był cholernie stanowczy. Westchnąłem
- Noo... tak jakby wyznałem jej miłość, ale ona nie czuje tego samego co ja- wyznałem zgodnie z prawdą. Co niby miałoby się stać? Ross by mnie wyśmiał? I tak to robi
- Z kobietami trzeba stanowczo- ku mojemu zdziwieniu powiedział to spokojnie
- Pewnie i masz rację- przytaknąłem mu
- Ja zawsze mam rację- prychnął
No tak. Cały Ross. Może i jest okrutnym, bezwzględnym, dwulicowym, złośliwym pajacem, ale idealny z niego strateg. Wszystko zawsze ma przemyślane od początku do końca. Zna się na ludziach jak mało kto. Potrafi z łatwością wykryć kiedy ktoś próbuje go oszukać. Analizuje sytuacje i szuka słabych punktów u swoich przeciwników, by móc ich zniszczyć. Potrafi być czarujący w stosunku do kobiet, ale nie interesują go związki na stałe. Jest pewny siebie. Czasami aż za bardzo.
- A co jak nie będę stanowczy, a troskliwy?- spytałem
- To będziesz cierpiał- prychnął
- Ja i tak cierpię- odpowiedziałem
- Zastanów się lepiej kogo chcesz za to obwinić- powiedział beznamiętnie.
Chciałem coś dodać, ale Ross poszedł dalej. Usłyszeliśmy trzepot skrzydeł. Uniosłem głowę. Zobaczyłem znaną mi anielicę. Po rysach twarzy wywnioskowałem, że to ta od Rossa. Wyglądała na przygnębioną, ale uśmiechnęła się na widok Rademesusa. Współczuję jej. Chwilę potem już stała na nogach
- Laura, kochanie. Co ty tu robisz?- złapał ją za policzek
- Ross, uciekłam, by móc być z tobą. Valeria nie chce żebyśmy byli razem- zaszkliły jej się oczy
- Spokojnie. Teraz jesteś przy mnie- uspokajał ją, a ona się w niego wtuliła. To takie piękne i naiwne, że ta anielica zaufała mu bezgranicznie. Pomyślałem.
- Mój narzeczony- wymruczała wtulona w niego. Widać, że ją to uspokajało
- Narzeczony?- prychnąłem, a Ross zmroził mnie wzrokiem
- Tak. Ross nic ci nie powiedział?- odezwała się po chwili,a potem na niego spojrzała. Był lekko zmieszany
- Kochanie, dopiero zamierzałem im to powiedzieć- odgarnął jej włosy- Przecież wiesz, że cię kocham, Luv.
Zaśmiałem się pod nosem. On i miłość. Nie no, dobry żart. Ross spojrzał na mnie krzywo, a potem bezceremonialnie wpił się w usta swojej "narzeczonej". Coś mnie tknęło, a on to zauważył patrząc na mnie kątem oka i bardziej pogłębił pocałunek. Wiedział, że w ten sposób mnie dobije. Przysunął dziewczynę bliżej siebie nie zostawiając między nimi żadnej przestrzeni. Położył ręce na jej talii i kontynuował całowanie tej dziewczyny. Dobrze wiedział, że mam złamane serce, a taki widok dobije mnie jeszcze mocniej. Nie mogłem tego dłużej znieść, więc zostawiłem ich samych. Rademesus widząc to odkleił się od dziewczyny
- Nie martw się. Nikt nie jest w stanie nas rozdzielić- ujął jej twarz w swoje dłonie
- Naprawdę tak myślisz?- rozpromieniła się
- Naprawdę. Nie przejmuj się tym, co ktoś mówi. Ważne jest co ty czujesz. Nie musisz słuchać Valerii, jeśli to co mówi jest dla ciebie niewygodne- pocałował ją w czoło- Bądź wolna
- Może i masz rację. Dziękuję kochanie za radę. Wiedziałam, że mi pomożesz- ucałowała go w policzek, a potem wzbiła się w powietrze. Ross pomachał jej, a ona wysłała mu buziaka. Gdy zniknęła nam z oczu, Rademesus przeczesał włosy i zaczął udawać jakby nic się nie stało
- Ale z ciebie drań- splotłem ręce
- Bo daję rady, z których sam korzystam?- spytał ironicznie
- Twoja narzeczona- zrobiłem cudzysłów- Serio myśli, że coś do niej czujesz
- Więc, niech dalej tak myśli. Ja chcę tylko wypełnić moją misję, by wrócić do domu na należne mi miejsce- warknął
- Kiedy zamierzasz powiedzieć jej prawdę?
- Póki co myśli, że jesteśmy aniołami, więc powoli będę nakłaniać ją do złego, aż wygaśnie w niej ostatnia iskra dobroci. Jest we mnie bezpamiętnie zakochana, co ułatwia mi zadanie, poza tym nakłoniłem ją do złożenia mi obietnicy, że nigdy mnie nie opuści, więc nawet choćby chciała nie zrobi tego. To kwestia honoru. Rzecz święta dla każdego anioła. Wykorzystam ją, a gdy już będzie upadłą to ją rzucę. Pewnie nie będzie chciała mnie znać, ale to już nie będzie miało znaczenia. Jako upadła będzie mogła robić co chce, więc prędzej czy później o mnie zapomni, a ja zapomnę o niej. Proste- wzruszył ramionami
- Jesteś okrutny
- Jestem sobą- ponownie wzruszył ramionami
- Jak możesz bawić się czyimś kosztem?- zdenerwowałem się
- A ty od kiedy jesteś taki święty?- syknął- Może od razu leć do Sariny i podajcie sobie ręce!- zmarszczył brwi. To, co powiedział zakłuło mnie. Tym razem zrobił to nieświadomie
- Nie zapominaj, że jesteś demonem. Tylko spróbuj się ode mnie odwrócić, a zniszczę cię jak tę sukę!- zagroził mi
- Nie nazywaj jej tak!- krzyknąłem pod wpływem emocji
- Czyżby cię to zabolało?- zaśmiał się- A może właśnie to przez nią teraz cierpisz, mam rację?
Przygryzłem dolną wargę i spuściłem głowę. Znowu miał rację
- A ty idioto nadal jej bronisz- prychnął- Powinieneś stanąć po mojej stronie!
- Kiedy ja w przeciwieństwie do ciebie potrafię kochać!- broniłem się
- Ty może potrafisz, ale ona jak widać nie. Pogódź się z tym. Ona nigdy cię nie zechce -powiedział spokojnie i odszedł. Może i Ross ma rację? Może powinienem dać sobie spokój z tą Sarą. Zawsze jeszcze mogę spotkać się z Aną. Może i jest śmiertelniczką, ale przynajmniej nie jestem jej obojętny.
---------------------
No to mamy kolejny rozdział. Jak widać sprawy coraz bardziej się komplikują. Dobra, ja spadam uczyć się na fizę. Byee.

wtorek, 23 września 2014

Rozdział 7.

- Luavia jeszcze nie wróciła?- spytała nieco zaniepokojona Valeria
- Po tym jak na nią nakrzyczałaś?- zaczęła Ridiana
- Rid, przecież to jeszcze dziecko! Ona nie wie co to znaczy prawdziwa miłość!- usprawiedliwiała się Valeria
- No właśnie. To jeszcze dziecko. To wcale nie znaczy, że masz na nią krzyczeć i zachowywać się jak nadopiekuńczy rodzic!- zbeształa ją
- Rid, nie rozumiesz mnie! Ona nie może być z tym chłopcem!- gorączkowała się anielica
- Ale o co ci chodzi? Przecież jest aniołem, więc co jej grozi?- Ridianę rozśmieszyło trochę podenerwowanie Valerii
- A skąd masz tą pewność, że nim jest?
- No.. Luavia tak twierdzi- powiedziała zdezorientowana
- Luavia też twierdzi, że znalazła miłość swojego życia- Val przewróciła oczyma
- A co jeśli tak?
- Ty naprawdę nie wyczułaś tej ciemnej aury, gdy gadałaś z tym chłopakiem?- podniosła brew
- Wydawał się miły- powiedziała bez przekonania
- Ech. Martwi mnie jeszcze jeden fakt. To mało prawdopodobne, że ten chłopak jest aniołem, a już napewno nie jest człowiekiem- Val zaczęła rozmyślać na głos
- No, ale skoro nie byłby ani tym ani tym to..- ucięła po chwili Rid. Nagle jej oczy się rozszerzyły
- Myślisz, że on jest..- zaczęła
- Tego nie jestem pewna, ale niestety wszystko na to wskazuje- zaniepokoiła się Val
- Ale czego on może chcieć od Luv? - Ridiana wpadała w coraz większą panikę
- Tego też nie wiem, ale jedno jest pewne. Musimy ją odnaleźć i ostrzec przed... nim- Valeria położyła nacisk na ostatnie słowo
**************
- O co ci chodzi, demonie?- spytał gniewnie Ectavius
- Proszę, nie tak oficjalnie. Jestem Rademesus- mruknąłem spokojnie- A ty powinieneś dowiedzieć się prawdy na temat owej Sary
- Co to za sztuczki?! Przejdź do rzeczy!- poganiał mnie
- Musisz wiedzieć po prostu, że ta słodka i uczynna Sara z początku była zwykłą..- nagle dziewczyna mi przerwała
- Dosyć! Co jak co, ale jak zaraz ma się wydać to wolę, by Ellington dowiedział się tego z moich ust a nie z twoich!- zaczęła stanowczo, a potem umilkła
- No dalej, Sarino. Powiedz to. Powiedz jaką byłaś kiedyś szmatą!- zaśmiałem się
- Zamilcz!- załkała- To prawda, ale to było dawno. Już mam tą drogę za sobą!
- Więc jednak Rademesus miał rację- westchnął z zawodem Ellington
- Ectaviusie...- zaczęła
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?! Dlaczego, Saro?! Myślałem, że jesteś takim samym aniołem jak ja! A tak naprawdę zawsze byłaś zakłamaną anielicą ze skłonnościami do zabaw z demonami! -krzyczał zawiedziony Ectavius
- Ectaviusie, wiem kim byłam, ale się zmieniłam! Proszę, wybacz mi!- rzuciła mu się zapłakana na szyję- Błagam, nie daj mi odejść!- chłopak odepchnął ją
- Wiesz co, byłbym w stanie wybaczyć ci wszystkie twoje występki, ale ty tak po prostu to wszystko przede mną zataiłaś! Jak mogłaś!
- Ell, wybacz mi! Ja wiem, że nie powinnam- schowała głowę w dłoniach. Ell spojrzał na nią z lekkim politowaniem- Nie powinnaś- rzekł chłodno ku mojemu zdziwieniu i zostawił dziewczynę samą. Sara wyciągnęła rękę w jego stronę, jakby chciała go zatrzymać, ale po chwili się wycofała i padła zapłakana na kolana. Podszedłem do niej z zadowoleniem na twarzy
- Mówiłem, że jesteś słaba, kochanie- wyszeptałem jej do ucha- A ty mówiłaś, że ja jestem- zakpiłem, a ona odwróciła wzrok. Uklęknąłem naprzeciwko niej i uniosłem jej głowę. Nie będzie mnie lekceważyć.
- Wyrażanie własnych emocji nie należy do naszych słabości. Wiesz jacy są ludzie słabi? Bezbronni. Niepewni- szeptałem przy jej twarzy- Tacy jak ty! - wstanąłem nad nią i odwróciłem się do niej tyłem odchodząc kilka kroków- A wiesz jacy są ci silni? Pewni siebie. Wpływowi. Tacy jak ja!- dumnie poprawiłem kołnież
- Wiesz na czym polega rzecz? Wszyscy się ciebie boją, dlatego czują do ciebie respekt!- załkała
- Strach to jedyna pewna droga, Sarino- odpowiedziałem
- Ale to nie jest wpływowość!- krzyknęła
- Nie ważne co to jest! Rzecz w tym, że ,zawsze będą czuli przede mną respekt, rozumiesz?!- odwróciłem się w jej stronę i krzyknąłem
- Oni to robią, bo się ciebie boją! Tak naprawdę mają cię za złośliwego pajaca, który nie potrafi panować nad swoimi emocjami, ale ja się tego pajaca nie boję!- wysyczała patrząc mi prosto w oczy. Głupia zdzira. Nie dam jej tej satysfakcji
- Powtórz to!- podszedłem do niej łapiąc ją za ramiona
- Ja się ciebie nie boję- powiedziała drżącym głosem
- Jesteś tego pewna?!- uniosłem jej twarz. Milczała
- Zadałem ci pytanie!- krzyknąłem. Spuściła wzrok. Znowu cisza.
- Taka jesteś cwana?!- spytałem ironicznie i wymierzyłem jej cios w policzek. Syknęła z bólu łapiąc się za obolałe miejsce
- Mało ci?!- krzyknąłem. Znowu nic nie odpowiedziała.
- Radzę ci ze mną nie zaczynać- powiedziałem odchodząc od niej w stronę Rikarda i Rokadamusa, którzy czekali na mnie w oddali.
****************
Od dłuższego czasu czekałem z Rokadamusem na Rossa. Staliśmy w oddali i obserwowaliśmy całe zdarzenie. Muszę przyznać, że chociaż jestem demonem to nie podobało mi się zbytnio jak Ross potraktował tą anielicę. Jego zachowanie nie powinno mnie dziwić, ponieważ on nie ma szacunku do nikogo, ale gdy zauważyłem jak uderzył Sarinę to coś we mnie drgnęło. Może dlatego, że Sarina była moją dawną miłością. Byłem na nią wściekły po tym jak zdradziła swoich upadłych rodaków, ale gdy teraz ją zobaczyłem, miałem ochotę podbiec i odepchnąć od niej Rossa, ale tego nie zrobiłem. Trochę mi dziwnie z tego powodu. Nie pomogłem jej, a teraz mam przed oczami obraz zapłakanej dziewczyny klęczącej na podłodze. Podszedł do nas Rademesus. Spojrzał na nas, a potem rzekł chłodno
- Idziemy- i ruszył przed siebie, a za nim Rokadamus. Zerknąłem jeszcze raz na Sarinę, a potem wróciłem się za Rossem. Coś mi jednak nie dawało spokoju. Przystanąłem na chwilę i jeszcze raz zerknąłem na Sarinę.

------------------------
A oto i kolejny rozdział :D
Mam nadzieję, że chociaż troszkę wam się spodoba, ale i tak wiem, że jest do bani. A tak z innej beczki. Jesteście ciekawi co łączy Rikera z Sarą i gdzie jest Laura? Być może dowiecie się w następnym rozdziale :)

piątek, 19 września 2014

Rozdział 6.

Siedzieliśmy wtuleni w siebie na ławce. Czułam bijące od niego ciepło i te przyjemne uczucie, które właśnie w tej chwili ogarniało moje ciało. Czułam się przy nim bezpieczna, jednak mój umysł podpowiadał, że wcale tak nie jest. Zaniepokoiłam się. Znowu
- Ross, a co jak nie jesteśmy sobie pisani?- spytałam przyglądając się jego bladej twarzy. Zaśmiał się
- Kochanie, to ja piszę naszą bajkę i właśnie tak w niej miało być- przytulił mnie mocniej, a po chwili podniósł jedną brew rozluźniając nieco uścisk
- A tak w ogóle to skąd ci to przyszło do głowy?
- Tak, jakoś...- wzruszyłam ramionami będąc lekko zakłopotana
- Jednak mi nie ufasz!- powiedział chłodno odsuwając się ode mnie
- Oczywiście, że ci ufam! - jego słowa, choć takie proste to jednak mnie zabolały. Niedowiary! Jesteśmy razem od godziny, a już zdążyliśmy wpaść w pierwszą kłótnię! Nie chcę takich sytuacji pomiędzy mną a Rossem- moim narzeczonym. Spojrzałam na niego. Siedział z rozgniewaną miną. Przysunęłam się bliżej i ujęłam jego twarz w moje dłonie zwracając ją ku mnie
- Kochanie, ufam ci. Rozumiesz?- spojrzał na mnie zrezygnowanym wzrokiem
- Naprawdę!- pogłaskałam go w chłodny policzek
- Potrafisz to jakoś udowodnić?- spytał, a ja pod wpływem impulsu pocałowałam go w usta
- Coś mało się starasz, kochanie- mruknął. Przewróciłam oczami i powtórzyłam akcję, tym razem bardziej się wczułam
- Ale wiesz, że i tak nie musiałaś tego robić. Uwierzyłem ci za pierwszym razem- uśmiechnął się, zmarszczyłam brwi- Ale jak chcesz to możesz kontynuować. Nie mam nic przeciwko
- No wiesz co? Wykorzystałeś mnie!- tym razem to ja odsunęłam się od niego i splotłam dłonie na klatce piersiowej
- Ale ty lubisz być wykorzystywana- rozłożył się wygodnie na ławce
- A kto tak niby powiedział?- spojrzałam na niego z rozgniewaną miną
- Nie lubisz się ze mną całować?- spytał
- Umm.. no lubię- odpowiedziałam zmieszana
- Więc sama widzisz, że lubisz, gdy cię wykorzystuję- uśmiechnął się
- Ale przecież... nie mam więcej pytań- odpowiedziałam zrezygnowana
- Oj, kochanie. Przecież ja się tylko z tobą droczę- objął mnie ramieniem
- Te amo, Luavia
- Te amo, Rademesus- odpowiedziałam i
 wtuliłam głowę w jego zagłębienie w szyi. Nagle usłyszeliśmy kroki w naszą stronę. Instynktownie odsunęłam się od Rossa
- Tu jesteś, Lauro- stanęła przed nami Valeria- Ross...- popatrzyła na niego mrużąc oczy po czym złapała mnie za ramię i pociągnęła w swoim kierunku
- Musimy już iść. Rydel na nas czeka- odpowiedziała, gdy rzuciłam jej pytające spojrzenie. Odwróciłam się w jego stronę
- Do zobaczenia, Ross- uśmiechnęłam się życzliwie, a on to odwzajemnił.
- O co to całe zamieszanie?- spytałam, gdy Valeria doprowadziła nas obydwie do Ridiany.
- Luavio, nie mam dla ciebie dobrych wiadomości- westchnęła Valeria- Zrobiłam wgląd w duszę tego chłopaka i..
- To już nie ma znaczenia- przerwałam jej- On jest aniołem
- Ale jakto? Przecież mówiłaś, że jest człowiekiem!- zdziwiła się Ridiana
- Myliłam się. Jest aniołem....i moim narzeczonym- westchnęłam uśmiechając się. Val i Rid spojrzały na siebie
- Możesz powtórzyć?- zdziwiła się Val- Zaręczyłaś się z chłopakiem, którego znasz zaledwie dwa dni?!
- No i co z tego! Prawdziwa miłość przychodzi nagle i znikąd!- oburzyłam się
- Jako Anioł Rozsądnych Decyzji musisz wiedzieć, że ta do najrozsądniejszych nie należy- skrzywiła się Valeria
- Ale ja go kocham, a on kocha mnie! Rozumiecie to?!- uniosłam się
- Luv, uspokój się!- zbeształa mnie
- Val, daj jej spokój. Nie widzisz, że się zakochała? Przejdzie jej i zmądrzeje- Rid próbowała złagodzić napiętą atmosferę między mną a Valerią
- Ja was nie rozumiem! Same namawiałyście mnie na spotkanie z tym chłopakiem, a teraz co? Jestem ta zła, bo się w nim zakochałam?!- wybuchłam niczym reaktor jądrowy
- Nikt tak nie twierdzi. Po prostu jak mogłaś tak szybko się zaręczyć? Nic nie wiesz o tym chłopcu! Powinnaś jak najszybciej zerwać te zaręczyny!- doradziła mi Rid
- Kiedy nie mogę! Złożyłam mu przysięgę!-
- Jak to złożyłaś mu przysięgę?! Czy ty na skrzydła upadłaś nie licząc tamtego razu w czasie burzy?! Jak mogłaś być tak lekkomyślna!- krzyczała Val- I jak ty w ogóle mozesz mówić o miłości?!
- Mówisz tak, ponieważ od początku nie lubiłaś Rossa! Widziałam jak na niego patrzysz!- broniłam siebie i mojego ukochanego
- Luavio, daj sobie wbić do głowy, że on nie jest dla ciebie! Nie byłam w stanie zajrzeć mu w głąb duszy! Mówię ci, że coś z nim nie tak!- Valeria zaczęła potrząsać mymi ramionami
- Nie dotykaj mnie! Rid, powiedz jej coś!- krzyczałam niczym małe dziecko
- Ej, Val. Ochłoń trochę. Luv musi to sobie przemyśleć- Ridiana zaczęła nas rozdzielać. Miałam dość Valerii i jej pesymistycznego podejścia do sprawy. Byłam szczęśliwa będąc z Rossem. Czy moje szczęście nic dla nich nie znaczyło? Jeśli właśnie tak było to stwierdziłam, że nie ma sensu przebywać w takim towarzystwie. Myśląc o tym coraz bardziej oddalałam się od Val i Rid
- Masz to odkręcić, rozumiesz?!- usłyszałam za mną krzyki Valerii
- Ugh. Czy naprawdę nikogo tutaj nie obchodzi co ja czuję?!- obróciłam się na pięcie w jej stronę
- Luv, to nie tak!- wtrąciła się Ridiana widząc, że Val ma zamiar coś odpowiedzieć
- Rid, błagam! Powiedz, że chociaż ty jesteś po mojej stronie!- powiedziałam zrozpaczonym głosem
- Luv..- westchnęła- Ja chcę tylko twojego dobra
Spojrzałam na nią z zawodem- Czyli ty też uważasz, że nie powinnam spotykać się z Rossem?- blondynka spuściła głowę. Przygryzłam wargę i rozprostowałam skrzydła. Nie miałam ochoty już na nie dzisiaj patrzeć
- Luv, gdzie ty lecisz?!- zaniepokoiła się Rid. Nic nie odpowiedziałam tylko wzbiłam się w powietrze. Widziałam jak Ridiana miała zamiar lecieć za mną, ale powstrzymała ją Valeria
- Zostaw. Niech leci. Discimus in errores- usłyszałam za swoimi plecami. Ja jej dam zaraz " uczymy się na błędach". Pomyślałam zostawiając je same.
*****************
Zbliżał się wieczór. Błądziłem z Rikardem i Rokadamusem po jakiejś słabozaludnionej dzielnicy Nowego Jorku. Widać było, że humor im znowu nie dopisuje. W przeciwieństwie do nich, dla mnie te spotkanie okazało się bardzo owocne. Zakończenie było kiepskie. Może mógłbym wprowadzić w życie kolejną część swojego planu, gdyby nie ta cała Valeria. Musiałem na nią uważać. Domyśliła się, że coś ze mną nie tak. Z resztą nie przypadliśmy też sobie do gustu, więc raz-dwa mogłaby mnie wydać. Póki Laura nie znała prawdy, wszystko szło w jak najlepszym kierunku.
Szliśmy w trójkę w ciągłym milczeniu, gdy nagle zauważyliśmy przed nami znajomą postać
- No, proszę, proszę. A kto to taki?- zaśmiałem się wyśmiewczo- Czyżby nasza upadła, która zdradziła swoich i dołączyła do białej armii?- stała przed nami dziewczyna o nieskazitelnie czystej cerze, trochę bladej po twarzy. Również mnie rozpoznała, bo chwilę potem przemówiła
- Rademesusie, nic się nie zmieniłeś. Jak widać los nie był dla ciebie łaskawy, więc musisz ciągle poszukiwać swej drogi- powiedziała ze stoickim spokojem
- Mówi to swojego czasu jedna z najpotężniejszych demonic! Ja przynajmniej nie zdradziłem swoich braci i sióstr tak jak ty, Sarino- powiedziałem chłodno tuż przy jej twarzy mrożąc jej tym samym krew w żyłach
- To nie zdrada, jeśli postępujesz we właściwy sposób. Przejście na waszą stronę było głupotą, a powtórne dołączenie do grona aniołów, odkupieniem mych wszystkich grzechów- powiedziała równie chłodno wywołując tym samym u mnie agresję
- Zamilcz szmato! Już nie pamiętasz jak zabawiałaś się z innymi demonami?! Co, znudzili ci się źli chłopcy?! Poleciałaś na albinosów, tak?!- wydarłem się
- Przestań! Tą drogę mam już dawno za sobą, i nie nazywaj ich tak! Teraz jestem jedną z nich!- krzyknęła niemalże ze łzami w oczach
- Spójrz na siebie jak nisko upadłaś! Kiedyś bezlitosna demonica, dzisiaj biała dziwka! Gdyby inne anioły wiedziały o tym kim byłaś kiedyś, nigdy nie przyjęliby cię z powrotem!
- Ja przynajmniej nie jestem rasistowska i szanuję twoją decyzję trwania w tym błądzeniu, jednakowoż tego nie popieram! -krzyknęła
- Serio jesteś taka zawzięta, Sarino? Naprawdę myślisz, że żadna pokusa nie ma na ciebie wpływu?- spytałem i zbliżyłem jej twarz ku swojej. Unikała kontaktu wzrokowego. Czułem jej drżący oddech
- Spójrz na mnie- powiedziałem niemal czule. Nieposłuchała- Popatrz mi w oczy- powtórzyłem nieco głośniej. Przygryzła jedynie wargę.
- Działasz mi na nerwy!- zazgrzytałem zębami i popchnąłem ją tak, że upadła na kolana
- Jesteś słaby. Wpadasz w agresję, ponieważ nie potrafisz się pogodzićz tym, że niekażdy cię słucha- wysyczała próbując się podnieść
- To ty jesteś słaba! Tak łatwo dałaś się omotać tym białym łachudrom! Gardzę tobą, Sarino- plunąłem. Po chwili ktoś podbiegł do dziewczyny
- Saro, nic ci nie jest?- chłopak pomógł jej wstać
- Ellington!- wtuliła się do chłopaka
- Saro?- zdziwiłem się- Pełnisz jakąś aniołkowatą wartę?- zadrwiłem
- Co to za ludzie?- spytał szatyn spoglądając na nas. Riker i Rocky stali w milczeniu obserwując całą sytuację
- To nie są ludzie, Ectaviusie. To upadli- syknęła chowając się za swoim równie białym kolegą
- Czego od nas chcecie?- spytał Ell
- Was?- zaśmiałem się- Jak możesz mówić "my" skoro nic nie wiesz o tej dziewczynie- zadrwiłem i spojrzałem znacząco na wystraszoną Sarinę
- Nie rozumiem. O co ci chodzi?- spytał, a ja uśmiechnąłem się przebiegle.

----------------------
Ok. To powracam z nowym rozdziałem. Mam nadzieję, że nie czekaliście zbyt długo. Jak zauważyliście pojawiają się 2 nowe postacie. Możliwe, że jesteście zdziwieni zachowaniem Laury, ale spokojnie. Akcja sie jeszcze rozwinie :)